Moja historia zaczyna się najzwyklejszym wieczorem, kończył się rok szkolny i jak zwykle w tym okresie spotykałam się z moimi gimnazjalnymi znajomymi, żeby pograć w kosza, pogadać. Tak robią nastolatki, nie? Byli ze mną Eryk, Samuel, Bob i moje przyjaciółki: Dorota, Laura oraz Leena. Nasz stały skład. Graliśmy tam gdzie zawsze, boisko przy naszym gimnazjum, bo wszyscy mają blisko i takie tam.
Byliśmy w połowie rozgrywki, gdy zdarzyło się coś całkowicie niespodziewanego. Zza betonowego płotu pobliskiego niewielkiego sadu wyskoczył, niszcząc przy tym większość płotu, ogromny wilk. To było potężne zwierzę. Miało długą, ubrudzoną i postawioną na sztorc sierść w szaro - brązowo - ubrudzono nie wiadomo czym lepiej nie wiedzieć – białym kolorze. Był co najmniej dwa razy wyższy ode mnie, a ja mam metr siedemdziesiąt trzy. To nie był byle jaki przerośnięty wilk. Chodził na dwóch nogach, znaczy się łapach. Wilkołak? Prawie, bo właściwie to był likaon. Nie różni się to to od wilkołaka właściwie niczym poza nazwą, po za tym jest antyczny.
To nie był jeszcze koniec paranienormalnych przygód. Zaraz za likaonem zza płotu wyskoczył spanikowany satyr. Tak, satyr, facet z kozimi nogami i różkami. Rozejrzał się chaotycznie wokół siebie. Właściwie to akurat zamierzałyśmy zwiać jak najdalej się da, niestety likaon postanowił rzucić się na mnie i moje przyjaciółki. Nasi dzielni koledzy byli już daleko od szkolnego boiska. Wilkołak zapędził nas w róg dziedzińca. Nie było sposobu by uciec. Poczułam się słabo.
Świetna chwila na mdlenie, doprawdy doskonała pomyślałam wprost w objęcia potwora…
Jedyne, co utrzymywało mnie przy świadomości był paraliżujący strach. Świat rozmywał się w moich oczach, miałam wrażenie, że odczuwam emocje moich przyjaciółek, chyba, że to były moje własne emocje? Wydawało mi się, że słyszę je, przejmujące krzyki, chaotyczne, pełne strachu, zaskoczenia, ale nie poruszały ustami, to nie były ich słowa, to były myśli. Byłam przekonana, że to efekt uboczny znajdowania się miedzy ścianą, a dyszącym żądzą krwi wilkołakiem, więc próbowałam to zignorować.
Satyr wrzeszczał coś w do nas, a może do likaona…? Jednak nie potrafiłam się skupić na jego słowach, nie rozumiałam ich znaczenia.
Pysk potwora był niebezpiecznie blisko, mogłam poczuć obrzydliwy zapach jego oddechu. Zaczął węszyć. Zatrzymał swój nos na Leenie. Zbliżył się jeszcze bardziej do jej twarzy.
- Z…zostaw mnie! – wyjąkała przerażona
W odpowiedzi likaon warknął groźnie i zdecydowanie zignorował prośbę.
-Odejdź! – powiedziała cicho, słyszałam jak popłakuje pod nosem, widziałam jak drży. Rzadko widziałam jak płacze. Leena jest bardzo silna, woli nie dzielić się swoimi problemami. Jej strach, ale również determinacja do przeżycia były niemal namacalne. Czułam je, tak jakbym mogła ich dotknąć. Świat w moich oczach na przemian pojawiał się i znikał w ciemnościach.
- Ani myślę… – wycharczała bestia – zbyt długo czekałem na tę chwilę… w tym kraju brak półboskiego mięsa… - dodał zaśmiawszy się złowieszczo ( to był chyba śmiech). Następnie otwarł paszcze szykując się do pożarcia mojej przyjaciółki.
- Powiedziałam odejdź! – krzyknęła, a jej głos był pełen nieziemskiej mocy. Na pysku wilkołaka pojawił się szyderczy uśmieszek.
Rzucił się na nią i w tej samej chwili Leena uniosła rękę w geście obrony. Za jej ramieniem podążyła smuga oślepiającego światła. Powietrze wibrowało pod wpływem ciepła skoncentrowanej energii. Bestia wpadła wprost na tę tarczę i została rozbita w proch, który zaraz potem zniknął jakby pochłonięty przez ziemię.
- Zniknął! – powiedziała Laura. Uznałam to za niezwykle odkrywcze.
Leena upadła na kolana i rozpłakała się na dobre, zupełnie nie rozumiejąc sytuacji. Dziewczyny szybko rzuciły się by ją pocieszać, mimo, że same były zszokowane i roztrzęsione. Świat przestał znikać i pojawiać się przed moimi oczami, nadal było mi trochę słabo, ale to raczej z powodu emocji. Jedyne, co czułam to, że zaraz pęknie mi głowa, ciśnienie rozsadzało mi czaszkę.
Jednak najdziwniejszym w tej całej sytuacji nie był likaon, tajemnicze zdolności Leeny, złe samopoczucie i facet z nogami kozy... Najdziwniejsze było to, że w jakiś sposób potrafiłam zrozumieć te wydarzenia. Już tego dnia wiedziałam co się dzieje, wiedziałam jaka jest prawda. Gdzieś w głębi mojego umysłu coś krzyczało, próbując przekazać mi tą informację, ale ja to tłumiłam. Nie chciałam uwierzyć w to co się stało. Myślałam, że takie rzeczy to tylko w książkach, fikcja literacka, wiecie? To sen. To nie jest możliwe. To nie dzieje się naprawdę.
Spojrzałam na moje przerażone przyjaciółki. One by nie zrozumiały, jednak ja wtedy też nie rozumiałam. Pomyślałam, że powinnam pomóc Leenie, pocieszać ją razem z innymi. Zrobiłam ku niej krok. To była zła decyzja, bo gdy tylko postawiłam stopę na ziemi okazało się, ze świat nadal zamierza znikać mi sprzed oczu. Obraz zakręcił się, pojawiły się czarne kropki…
Prawie zemdlałam. Wpadłam Dorocie na plecy, a ona wrzasnęła przeraźliwie, dzięki czemu wróciła mi świadomość. Przyklękłam przy zapłakanej przyjaciółce. Laura, która uspokajała ją jak mogła posłała mi zmartwione spojrzenie. Chyba jako jedyna zorientowała się, ze coś ze mną nie tak. Dorota patrzyła na mnie tylko z wyrzutem, jakby mdlenie kiedy ktoś płacze było czymś niezwykle niewłaściwym.
Do moich uszu dobiegł monotonny odgłos kopyt uderzających o brukowane boisko. Pomogłyśmy wstać Leenie, oparłam się o Laurę. Spojrzałyśmy na satyra. Nic już dziś nie mogło nas zaskoczyć. Wyglądał na nie tyle wstrząśniętego, co bardzo zaskoczonego.
-Kim wy jesteście? – zapytał.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz